Na ogonie miłych chwil

Na ogonie miłych chwil niczym księżyc za słońcem goniący

skrada się przedsmak jakiejś przykrości, gorzka obietnica szarości

głęboko sięgająca tęsknota za tymi właśnie chwilowymi chwilami

których nijak się nie uchwyci, chyba tylko po tym, kiedy już miną

 

Zostaje tylko smakować tę tęsknotę

nauczyć się, że jest dobra, że zdrowa

że świadczy o wzajemnej miłości, bo przecież za czym innym

miałbym tak tęsknić?

 

To nie kwestia uciechy z tego, co się ma

bo może nie ma się tego, co by się chciało mieć

To kwestia docenienia rzeczy wartych docenienia

chociaż może trochę bardziej subtelnych niż te prozaiczne, codzienne, oczywiste sprawy

 

Dobrze jest czasami zatęsknić

Sypnąć do herbaty ciut melancholii

Nawet, powiedziałbym

dobrze jest od czasu do czasu

zapłakać

choćby dla spokoju serca

 

Advertisements

Kiedyś

Trzymam przedwspomnienia o tobie

w źródle oka, w jego licznych korytach

Na tafli suchego policzka, gdzieś tam daleko

na końcu nosa, na zmarszczonym podbródku

albo czole

 

Kiedy przyglądam się dłoni

Widzę twoje odbicie w liniach papilarnych

Słyszę głos w trzaskających knykciach

czuję, jak błękitnymi żyłami

płynie jeszcze-nie-pamięć

 

Rozchlapywanie nie-kałuż w nie-deszczu

Nie-tulenie pod nie-parasolem

Delikatny nie-uścisk zimnych rąk

Jakieś śmiechy, przelotny pocałunek

na policzku

albo czole

Sercom i duszom

Słowa, które wypowiada dusza, kruche są, niezgrabne jakieś

nawet, jeśli się przyjrzeć, często pełne dziur

niedopracowane, nikłe, mało

znaczące

jeśli by je porównać do tych pięknych gołębic, splątanych w biżuterię

wypowiedzianych z ust, wyczarowanych przez myśl

 

A jednak, mimo ich tej śmiesznej, nieeleganckiej bezpośredniości

ukochałem słowa dusz

ganiam za nimi, kiedy, onieśmielone czułością,

kryją się za rogiem uczuć

poukładanych w schludne stosiki

 

Nie wyciągam ręki, nie tykam wścibskim palcem –

zwykle dłonie chowam w kieszeniach –

li chwycę te słowa zerknięciem, robiąc niby fotografię

i już sam

uciekam

Obietnice

 

Przebaczyć –

to znaczy ukochać bardziej, niż potrzeba

płynąć żaglowcem na milczących wiatrach

sunąć po mgle niesłodkowodnej

tanecznym krokiem wśród bałwanów

 

Nie umiem przebaczać

wolę być podmuchem mgielnym

albo tym bałwanem szarym

i zazdrosnym

 

Patrzeć tylko, jak mkną

ci, co przebaczają

z włosami rozwianymi na wietrze, którego nie ma

odziani w pieniące się suknie

wyszywane koronką obietnicy

 

nieśmiało

Białe stopy, skropione lekkim kapuśniaczkiem

potykające się gdzieś głęboko w tej deszczowej szarości

delikatnie stąpające po taflach kałuż, starające się w żadną nie wpaść

mimo doszczętnie przemokniętego rąbka sukienki

białej, szarej, bezbarwnej

 

Jak bardzo bym chciał ująć takie stopy

utulić te ramiona, zasnąć w ich motylim uścisku

białą głowę musnąć palcem

na przekór wszystkiemu – delikatnym być

 

Odwzajemnić tę biel, podarować swe stopy

dłonie, policzek

spękane wargi

 

nieśmiało, powoli, powolutku

cicho, nawet bardzo

musnąć spojrzeniem, króciutką chwilą uwagi

tylko na trochę

tylko na zawsze

..

Milczę, milczę

słuchając melodii tęsknoty

za nieistniejącym światem

Tym, który chowa się

za kurtyną niespełnionych marzeń

 

Przeklęty czułością,

Założę naszyjnik niezarzuconych ramion

Wejdę w przetarte buty

zmęczone chodzeniem za kimś innym

Ozdobię czoło wiankiem

zaschniętych przebiśniegów

 

Mój uśmiech jest prawdziwy

ale ile kryje się w nim tajemnicy

tego nikomu nie zdradzę

 

Wskrzesić Osę

Blask słońca — niby anioł — zstępuje o poranku

wita go poranna rosa

poranny wietrzyk tańczy na ganku

nuci mu piosenkę zbłąkana osa

Och, oso miła, czemuś tu przybyła?

Nie wiesz, żeś brzydka, żeś straszna i groźna?

Szybko stąd mykaj, zanim ludzka siła

zmiecie cię packą, bo przecież osę można

Mknij, przepłyń się na prądach chłodnego zefiru

zamknij usta, ucisz skrzydła, muzyczkę schowaj głęboko

zanieś swą melodię daleko od wiru

ludzkiej niewdzięczności; piosenkę gdzieś indziej dokończ

Osa zapłakała: Pozwól zostać, proszę! Chwilkę daj wytchnienia

Nawet, jeśli umrę, nie zapłacze Ziemia

Osa więc została, a Ziemia — zapłakała

zrosiła jej smutną, martwą buzię deszczem

a osa chciała jedynie zatańczyć raz jeszcze

raz jeszcze poczuć chłód zefirku na skrzydłach

raz jeszcze zagrać na swoich marnych, osich skrzypkach

Wąska ścieżka, kręty pomost

Siódmego dnia tygodnia stoję na granicy

pomiędzy tym, co było, a tym, co może być

Ostatniego dnia miesiąca patrzę z zazdrością

na siebie z następnego rana

Północ

znowu jest magicznym czasem

Jakże wielka jest przepaść

między ostatnią godziną starego roku

a pierwszym dniem nowego

Jakże świeży jest świat

Sami go takim czynimy

Widzę szarość w blasku przedwiośnia

Cóż jest takiego w smutku, cóż jest takiego w deszczu

co słychać w jękliwej melodii żałoby, co widać w krzywym obrazie stłuczonego lustra

co można poczuć, dotykając ostrej krawędzi, co można pokochać w szarym krajobrazie zimy?

Z pewnością nie światło wschodzącego słońca ani radość świata, który budzi się w wiośnie

mimo to, cóż jest w tym wszystkim takiego,

co przyciąga tylu ludzi i tylu ludziom daje schronienie pod swoim dziurawym, starym dachem?

Melancholia jest jak jesienne, zbrązowiałe liście, unoszące się na wietrze

tańczące ospały taniec z ostatnim wspomnieniem lata;

jest jak żelazisty, gorzkawy i odrobinę słodki posmak brudnej wody;

jest jak zatęchła aura słów napisanych tylko po to, by zostały zapomniane

kulących się pomiędzy pożółkłymi kartkami starych tomów, po które nikt nie sięga;

jest jak lekki chłód spływającego po czole deszczu,

który prawie zawsze witamy z przyjemnością.

Och, co jest takiego w otępiałej atmosferze zimowych, samotnych wieczorów?

Co jest takiego w świadomości całego zła, którym karmi się świat?

Co jest takiego w zadawaniu pytań, na które nie oczekuje się odpowiedzi…?

Nic cenniejszego niż wędrówka, jaką przebywa sunąca po szybie kropla

nic cenniejszego niż plusk jeszcze jednej kałuży, w którą niedbale wdeptujemy

nic cenniejszego niż słowa rzucone na pożarcie wiatrowi

Jak to jest, że pragniemy w swoim życiu upadków;

że życzymy innym ludziom źle;

że czasami gorycz smakuje lepiej, niż słodkość…

Zadawaj pytania, wypatruj odpowiedzi

kołysząc się na wietrze niczym zbożowy kłos, przybity korzeniami strachu do nieruchomej ziemi

wypuszczaj strzały, dalej marząc o tym

że twoje cele złapią je w locie.

Zima to czas odpoczynku

Bucha, syczy, płynie para

toczy się po śniegu

przez powietrze, zimny lód

dym ludzkich oddechów

Się błąka i wędruje

zaklina i czaruje

Tak cenne, tak jasne

tchnienie wiosny zimą

kiedy rzeka skuta lodem

i chmury szare płyną

po popielatym niebie

pełnym dymu i szarości

Kiedy, pytasz, kiedy znowu

wiosna tu zagości?

Przecież ona żyje tutaj

w naszych sercach, w naszych duszach

w tym uśmiechu, tym oddechu

tym spojrzeniu, ciepłym blasku

co to w oczach się odbija

niby jakieś małe słońce

Skromne, owszem, ale własne

ciepłe, złote, śmieszne, jasne

Szczęściem jest mieć własne słońce

kiedy tamto skryte w chmurach

przypatruje się nam, ludziom

w naszych oczach szuka lustra

w którym znowu będzie mogło

zamieszkać