Wołanie do ziemi (2)

Źródła, z których piją rzeki, i muł szarawy, które niosą do morza

tak pełne wiedzy o świecie, tak pewne przeznaczenia swego,

że blask, którego nie rzucają, i błysk, który nie odbija się w ich zachodzącym oku

przyćmiewa chwałę i nauki wszystkich filozofów

Opadłe liście brzóz, które chrupią miło pod nogami, i mech, jak gdyby bez koloru, opiewający drzewo

mogłyby być bogami, przed którymi klękałyby matki

bowiem miłość ich i męka, to, jak uciekają z wiatrem, i jak ten wiatr odziera je ze wspomnień

w litości swej dla świata równe są Stwórcy 

 

 

Czyż ziemia nie mogłaby zastępami jesiennych liści przesłonić nieba? Zamknąć te pyszną paszczę i wykraść jej gwiazdy?

Niebiosa wygrażają ziemi, strzelając z biczów błyskawic

odzierają lasy ze strzępek słonecznego blasku

Ale ta stoi nieugięta, pozwala liściom opadać, zbijać się w ściółkę,

w której niedługo rozkwitną grzyby

i która tak mile chrupie pod nogami.

 

 

Advertisements

Niuanse miłości (2)

Przepełniona zimnem stal rozpacza, piejąc swe pieśni na polu bitwy

a jej łzy zimniejsze niż serca lodowców, czerwieńsze za śmierć słońca na niebie

czarniejsze za niebo zasnute dymem, kiedy pożar wrze w mieście

I ogień, tak chciwie pożerający ludzkie dusze, i stal, z taką rozpaczą i bezradnością w oczach

zbierają swe żniwa, kiedy jesień dla ludzi nastaje

Prędzej! Oto czarne niebo jeszcze czarniejsze się stało – stada podłych padlinożerców nadlatują!

nasycić się nieszczęściem, zwiastuny pogrzebu miłości na świecie!

Ale paczej, oto któreś dziecko wojny powłóczy nogami, wzbijając tumany kurzu

kogóż to szuka na popielisku? Czyjej twarzy wypatruje w morzu pogrzebańców?

Zwołajcie malarza! Niech uwieczni tą scenę

ten obraz bezsensu i pustki

Bo kiedy pierwsze łzy dziecka spryskają ziemię, wnet rozweseli się świat

oto fontanna miłości, fontanna młodości znowu wrze, znowu leje!

Serce na nowo rozpali się życiem, i choć ludzie martwi, rzuceni na stos, z rozwianymi na wietrze duszami

spoglądają na upadający świat martwymi oczyma,

wnet któreś dziecko wojny, dziecko świata, znów

odciśnie swe pięty w popiele!

 

Śmierć smutna, prawda to

ale zali po śmierci brak życia? Nie! Bo miłość przezwycięża nieszczęście,

tryumfuje nad pogrzebem, powala żniwiarza, łamie miecze i lance!

Emaliowane wazy z prochami w proch sam obraca, podcina pnie kolumn w katakumbach,

roznieca ogień na ołtarzu popiołu, świeżą krwią spryskuje szare, święte ściany

i panoszy się w świątyni nieżycia!

Weź swoj pierścień, weź koronę

rzuć w ogień insygnia władzy nad życiem

bo w tym królestwie nieszczęścia, na dworze zepsucia

miłość cnotliwsza niż wszystkie inne cnoty

a mimo to z wszystkim stworzeniem ślub bierze!

 

Cześć i chwała królowej w czerwone szaty

potęga i moc miłości!

Bo ta, jedyna, zbawiła ludzi

od grzechu i nieczystości!

Niuanse miłości (1)

Ogień w oczach miłości, drogiej i świętej przy sercu

pełniejszy w uczuciu i za dziesięć tysięcy cierpiących ból,

jęk w imię kochanka, bogdaj cichszy niżże szepczący wśród liści wicher

potęgą przewyższa śmiertelny okrzyk.

Zali listowie nie rumieni się gorąco, gdy ucałowuje je wiatr?

Choć oddech zimy chłodnawy i szary, zali miłość jej i tęsknota za latem

wnet nie rozpala drzew płomieniem szkarłatnym? I czyżże nie w perzynę obraca

wszystkie jego letnie marzenia o szczęściu?

Szara niby ten popiół sromotny powstały z samotnych rozczulań,

zima cieplej ma w serce i czerwieniej

niż najbogatsi w srebre czary, pozłacane wieńce laurowe w gajach i na głowach,

najwonniejsze cedry u ogniska, najpurpurowsze grona w wazach

i w wille z czystego marmuru wykute, i choćby światło niebios oblało brzegi wód 

ich duszy, i choćby góry pokłoniły się ich sile i mocy

nie znajdą w sercach ni szczęścia ni pełni życia ci królowie świata snów

bo bez miłości żyją!

Potom Pan Bóg tchnął w ludzie miłość własną

ażeby sami nasycili się nią, i sami wypili ze źródła tego czystego

i bezdennego niby wpatrzone w siebie

oczy kochanków!

 

Patrzże! Oto miłość stąpa po ziemi

u stóp ma tysiące zabiegających o jej rękę głupców

tysiąc niewolników i tysiąc wygrażających pięściami!

Ucałowują trawę, po której stąpa i pnie drzew, o które w zmęczeniu się opiera

Aj! Jakaż marność! 

Patrzże! Oto dwaj kochankowie wspierają się na swych ramionach

milcząc, wpatrują się w niebo

które, jak gdyby na największą okazję, ubrało się w szaty gwiezdne i pełne przepychu

nieznanego największym i najpiękniejszym pałacom!

Celebrują święto miłości, a ta słodka westalka o nieskończonych mężach i nieskończonych żonach

spoczywa na ich głowach i gnieździ się w ich oczach, i pieści im brzuchy, i ciepłem obleka policzki i czoła

Aj! Jakież to święto! Jakież piękno, widzieć taką miłość

tak pełną i pełniejszą niż najgłębsze źródło świata

kiedy ci dwaj kochani sobie ludzie

spoglądają sobie w oczy! 

Chwała wszystkim bogom świata! Chwała i święto wszystkim patronom wszechrzeczy!

Jakież święto! Jakież piękno!

Dwaj proste człowieki, Bogu drogie dzieci poznały siebie wzajem i poznać zarazem nie mogą

tak zdumieni swym uczuciem, że milczący

Nie mówcie nic! Ta chwila wasza, przeto!

Napawajcie się sobą, a jak!

Wiedzcie, że tą chwilą krótką, tym milczeniem swoim, i wzajemnym ciepłem

daliście miłości większy pochód niż cezary, niż króle i matrony

całego świata!